| Ten artykuł wymaga uzupełnienia źródeł podanych informacji od 2008-01. Informacje nieweryfikowalne mogą zostać zakwestionowane i usunięte. Aby uczynić artykuł weryfikowalnym, należy podać przypisy do materiałów opublikowanych w wiarygodnych źródłach. |
| Ten artykuł wymaga dopracowania zgodnie z zaleceniami edycyjnymi. Należy w nim poprawić/wykonać działania: artykuł jest chaotyczny - potrzebne jest przepisanie od nowa, z uwzględnieniem wszystkich dostępnych źródeł - nie oznacza to wyznaczenia jednej "oficjalnej" wersji wydarzeń bo takiej nie ma. Dokładniejsze informacje o tym, co należy poprawić, być może znajdują się na stronie dyskusji tego artykułu. Po wyeliminowaniu niedoskonałości prosimy usunąć szablon {{Dopracować}} z kodu tego artykułu. |
| Niektóre informacje zawarte w artykule wymagają weryfikacji. Zajrzyj na stronę dyskusji, by dowiedzieć się, jakie informacje budzą wątpliwości. |
Pogrom kielecki – napad na ludność żydowską, jaki miał miejsce w Kielcach 4 lipca 1946 roku.
Bezpośrednią przyczyną pogromu była plotka o uwięzieniu przez Żydów w piwnicy budynku przy ulicy Planty 7 ośmioletniego chłopca, Henryka Błaszczyka w celu dokonania na nim mordu rytualnego.
W wyniku pogromu zginęło 37 Żydów (35 zostało rannych) i troje Polaków. [1]
Pogrom kielecki wzburzył opinię publiczną w Polsce i za granicą[2] [3], wzmógł emigrację Żydów z Polski [4] i innych krajów europejskich [5] i przyczynił się do rozpowszechnienia w świecie stereotypu Polaka-antysemity [6] [7].
Spis treści |
1 lipca zniknął ośmioletni wówczas Henryk Błaszczyk. Jego ojciec, zaniepokojony przedłużającą się nieobecnością syna, około godziny 23. zgłosił na Milicję Obywatelską fakt zaginięcia syna. 3 lipca wieczorem chłopiec wrócił do domu. Według zeznań Walentego Błaszczyka, ojca Henia, chłopiec na pytanie gdzie był, miał odpowiedzieć, że jakiś pan dał mu do odniesienia paczkę do jakiegoś domu i że zaoferował mu za tę przysługę 20 zł. Drogę miał Heniowi wskazywać ten pan. Po zajściu na miejsce miano zabrać mu paczkę i wsadzić do piwnicy. Na kolejne pytania chłopiec odpowiedział, że był to Żyd i że potrafiłby go rozpoznać.
Następnego ranka Walenty Błaszczyk wraz synem i sąsiadem udali się na milicję, gdzie opowiedzieli historię porwania Henia. W drodze na komisariat, mały Henryk Błaszczyk wskazał budynek przy ulicy Planty 7 jako na miejsce jego uwięzienia. W domu tym zasiedlani byli bogatsi Żydzi udający się z Rosji do Palestyny, a także biedniejsi Żydzi z 9 ośrodków wokół Kielc, dobrze mówiący po polsku. Razem około 160 osób. W tym samym budynku, w drugiej klatce, zamieszkiwali pracownicy miejscowego UB i PPR. Mały Henryk wskazał też na pewnego Żyda, jako na sprawcę swojego uwięzienia.
Po usłyszeniu zeznań Walentego Błaszczyka, kierownik komisariatu, starszy sierżant Edmund Zagórski rozkazał aresztować wskazanego przez Henia mężczyznę i wysłał patrol na miejsce rzekomego uwięzienia chłopca. Patrol miał niespotykaną w tych warunkach liczebność, łącznie kilkunastu funkcjonariuszy. Po drodze milicjanci mówili napotkanym przechodniom o rzekomym porywaniu dzieci chrześcijańskich przez Żydów i wykorzystywania ich do mordów rytualnych. Przeszukanie budynku wykazało, że historia nie mogła być prawdziwa, bo w budynku nie było żadnych piwnic, a chłopczyk spędził czas w domu ucząc się jak zeznawać na komisariacie (co sam przyznał po latach)[potrzebne źródło].
Od tej chwili pod budynkiem zaczął gromadzić się tłum, co działo się przy pełnej akceptacji sił bezpieczeństwa (normalnie legitymowane i rozpędzane były "zgromadzenia" nawet pięciu osób). Zaczęły się także schodzić grupy wojskowe – LWP, Żandarmerii Wojskowej, Informacji Wojskowej oraz Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (tzw. "zaporówki"). Ta ostatnia z marszu ostrzelała pierwsze i drugie piętro budynku ogniem z broni maszynowej. Na miejscu rozpoznano także wysokich oficerów MBP z Warszawy a także Rosjan – Szpilewoja, jednego z "doradców radzieckich" i Kupszę, dowódcę radzieckich oddziałów pacyfikacyjnych. Na miejscu znajdował się także Adam Humer.
Bezpośrednie sąsiedztwo budynku było otoczone formacjami wojskowo-policyjnymi. Poza nimi na miejscu znajdowała się tylko bojówka PPR-ORMO z pobliskiej Huty Ludwików o liczebności według różnych świadków od 60 do 1000 osób. Według zeznań kapitana UB Jana Muchy, jego jak i wiele innych oddziałów bezpieczeństwa było w ubraniach cywilnych. Tłum gapiów znajdował się 150 metrów dalej w stronę ulicy Piotrkowskiej.
Wojsko nie wpuściło na teren zajść prokuratora okręgowego Jana Wrzeszcza, pomimo że formalnie miał on prawo przejąć dowództwo i jak później zeznawał, "w 15 minut" mógł zakończyć zajścia.
Wyjście na jaw kłamstwa chłopca niczego nie zmieniło. Mimo napływających wciąż oddziałów milicji i pracowników Urzędu Bezpieczeństwa, około godziny 10. tłum zaczął obrzucać kamieniami budynek żydowski. Dalej wydarzenia potoczyły się szybko. Pojawiło się kilka oddziałów Ludowego Wojska Polskiego, co na chwilę uspokoiło tłum. Żołnierze i oddziały porządkowe nie robiły niczego, żeby zażegnać groźną sytuację. Przeciwnie, kilku żołnierzy wraz z milicjantami po wyważeniu drzwi weszło do środka budynku i przeprowadziło rewizję wśród mieszkańców, a według niektórych świadków także konfiskatę mienia. Żądali wydania wszelkiej broni.
W budynku padały strzały i słychać było krzyki. Nigdy nie ustalono, kto strzelał. Wiadomo było, że Żydzi również posiadali broń dla własnej ochrony. Żołnierze i przedstawiciele innych formacji mundurowych, przy całkowitej niemal bierności oficerów, wyciągali Żydów z budynku i przekazywali znajdującej się na zewnątrz bojówce ORMO i PPR. Kilku Żydów wyrzucono przez okna, co najmniej jednego celowo na nadstawione w tym celu bagnety na karabinach. Według części świadków grupa 4-6 mężczyzn, która wyprowadzała Żydów nie porozumiewała się po polsku tylko po rosyjsku. W pewnym momencie z budynku miał wybiec funkcjonariusz UB, krzycząc że zabity został "porucznik Wacek".
Jednocześnie komendant Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, major Władysław Sobczyński wydawał się kompletnie bezsilny i nie zrobił niczego, żeby przerwać zamieszki. W czasie pogromu został ciężko ranny (stracił oko) m. in. mieszkający w zaatakowanym domu zastępca szefa UB na miasto Kielce. Dopiero około godziny 12. na miejsce przybył nowy oddział wojska, wysłany przez pułkownika Kupszę. Jego dowódca, major Konieczny, rozkazał oddać salwę w powietrze. Ta, pierwsza podczas zamieszek, zdecydowana akcja wojska, pozwoliła na opanowanie sytuacji i przywrócenie porządku. Wystawiono ochronę wokół budynku a milicjanci zaczęli wywozić zabitych i rannych Żydów do szpitala miejskiego.
Około godziny 12.30 z huty "Ludwików" wyruszyli wykrzykujący antysemickie hasła robotnicy wchodzący w skład bojówki PPR-ORMO. Według różnych świadków było ich od 60 do 1000. Według meldunków ówczesnego PSL Sobczyński został powiadomiony o wymarszu, według innej wersji to on wydał rozkaz wymarszu grupie, która formalnie mu podlegała jako ORMO.
Kiedy pracownicy huty dotarli na miejsce, pogrom zaczął się na nowo. Robotnicy przybyli uzbrojeni w metalowe rury, kije, kamienie. Przerwali słaby kordon żołnierzy i zamieszki zaczęły się na nowo. Tym razem wojsko zareagowało szybciej. Po oddaniu kilku salw około godziny 14. udało się odepchnąć tłum od budynku. Rannych i zabitych odwieziono do szpitala miejskiego.
Według ocalałych z pogromu świadków żydowskich (Ewa Szuchman, Albert Grynbaum, Izrael Terkieltaub) mienie zabitych i rannych zostało zabrane przez kolejne grupy żołnierzy plądrujące budynek, a zwłoki w trakcie transportu do prosektorium zostały odarte z ubrań. W budynku zginął także Seweryn Kahane, przewodniczący miejscowego Komitetu Żydowskiego. Według Szuchman i Terkieltauba, Kahane został zastrzelony przez porucznika Informacji Wojskowej, skazanego później na karę więzienia, które wkrótce opuścił w wyniku amnestii.
Przed wieczorem do miasta wkroczyły dodatkowe oddziały wojska, pojawiły się wozy pancerne. Wprowadzono godzinę policyjną. Pogrom się skończył. Zginęło w nim 36-40 Żydów[8][9][10] (40-50 zostało rannych) i 2 Polaków. U 11 zabitych Żydów stwierdzono rany postrzałowe, u kolejnych 11 charakterystyczne rany kłute od bagnetu z rosyjskiego karabinu Mosin[11].
Pod wpływem pogłosek o pogromie do incydentów antyżydowskich doszło też tego dnia w pociągach na linii kolejowej Kielce-Częstochowa. Koło Koniecpola, wyrzuceni z pociągów, zginęli dwaj kolejni Żydzi o nazwiskach Gruszka i Rembak.
Po wydarzeniach z 4 lipca panował chaos informacyjny. Milicja ani żadne inne służby nie zabezpieczyły śladów ani nie były w stanie podać dokładnej liczby zabitych. Na wydarzenia kieleckie nałożono embargo informacyjne, a różnymi kanałami przekazywano sprzeczne informacje o liczebności rzekomego tłumu, który dokonał pogromu – liczby te oscylowały od 100 osób do 30 tys. a nawet 70 tys. osób, czyli więcej niż wynosiła liczba mieszkańców.
W ekspresowym, pokazowym procesie 11 lipca 1946 oskarżono 12 osób. Proces ten do dziś budzi kontrowersje. Bożena Saynok twierdzi, że skazani byli winni. Niektórzy badacze twierdzą, że były to przypadkowe osoby. Nie ulega wątpliwości, że w pogromie brał udział milicjant Błachut, który został skazany za kradzież butów ze zwłok. Trzej oskarżeni otrzymali wyroki pozbawienia wolności odpowiednio na 7 i 10 lat oraz dożywocie. 9 skazano na karę śmierci. Wobec nieskorzystania przez Bolesława Bieruta z prawa łaski, egzekucji dokonano już następnego dnia.
W pierwszych godzinach po pogromie aresztowano kilkudziesięciu żołnierzy i milicjantów. Większość potem została jednak zwolniona. Odbył się także proces aresztowanych i oskarżonych o bierność oficerów MO i UB. Major Sobczyński został uniewinniony zaś oficerów MO skazano na niskie kary więzienia i degradację.
Dyskusja rozpoczęła się bezpośrednio po wydarzeniach w Kielcach. Władze komunistyczne wykorzystały pogrom w propagandzie politycznej i obarczały odpowiedzialnością antykomunistyczne podziemie. Przyspieszony, pokazowy proces i wykonanie kary śmierci, przy równoczesnym zatuszowaniu odpowiedzialności władz za nieudolne postępowanie w trakcie wydarzeń zrodziło szereg podejrzeń i hipotez o przyczynach pogromu. Wobec braku jednoznacznych dowodów opierają się one na interpretacji przebiegu wydarzeń lub interpretacji wg zasady cui bono (kto skorzystał). Według księdza biskupa Kaczmarka główną przyczyną była nienawiść Polaków i Żydów, którą wykorzystali prowokatorzy.
Ksiądz biskup Kaczmarek uważał, że główną przyczyną pogromu była pospolita nienawiść Polaków do Żydów (patrz raport Kaczmarka). Do dziś trwają spory, co było przyczyną tej wrogości. Są dwa wyjaśnienia tej nienawiści rasowej
Ksiądz biskup Kaczmarek uważał, że Żydzi byli nienawidzeni, bo byli zaangażowani w propagowanie komunizmu. Do podobnych wniosków skłaniają niektóre fragmenty raportu Karskiego z lutego 1940 roku, w którym Karski informował, o tym, że Polacy uważają, że Żydzi popierają komunizm. Do dziś trwają spory, na ile pogląd, że Żydzi byli zaangażowani w budowę komunizmu jest prawdziwy. Stereotyp Żydokomuny istniał przed wojną i był propagowany przez nazistów i nieliczne polskie organizacje kolaboracyjne (NOR). Na uwagę zasługuję list pasterski biskupa Kaczmarka z 1941 roku, w którym biskup ostrzegał rodziców przed ideologią komunistyczną , którą według księdza biskupa propagowały dzieci żydowskie (patrz artykuł doktora Dariusza Libionki z Gazety Wyborczej http://wyborcza.pl/1,76842,4891105.html).
W czasie Holocaustu olbrzymia ilość Polaków (może nawet milion), przejęła majątek pożydowski. Według tej koncepcji Żydzi po wojnie byli nielubiani, bo chcieli odzyskać swoje rzeczy np. (artykuł Manuela Mouniera po jego wizycie w Polsce w 1946 roku, książka Grossa Strach). Na uwagę zasługuje to, że okoliczności przejęcia majątku żydowskiego były bardzo różne i czasami nawet moralnie usprawiedliwione. Szczegółowy opis takiego przejęcia można znaleźć między innymi w książce Mirona Białoszewskiego Dziennik z Powstania Warszawskiego. Wprawdzie sama kradzież mienia jest niewątpliwie moralnie naganna i sprzeczna z prawem polskim obowiązującym w tym czasie, to jednak czasami okoliczności usprawiedliwiały to. Niektórzy Polacy, którym zabrano domy, zostali siłą przesiedleni do domów pożydowskich. Wspominany ojciec Mirona Białoszewskiego, który zajął mieszkanie pożydowskie, sam ukrywał znajomą Żydówkę, w tym mieszkaniu. Z drugiej strony, wyniki śledztwa w sprawie mordu w Jedwabnym (patrz wikipedia, strony IPN), pokazują, że czasami Polacy mordowali okradzionych Żydów.
W dyskusji na temat przyczyn pogromu pojawiło się kilka różnych hipotez o pogromie, jako skutku świadomej prowokacji,
Informacje o pogromie, wątpliwościach co do jego przebiegu, ofiarach i procesie były w PRL blokowane. Wydarzenia kieleckie zostały objęte cenzurą w krajowych publikacjach historycznych, badaniach dotyczących regionu kieleckiego (okres powojenny, walki z "bandami") a także dokumentach wewnątrzpartyjnych. Archiwum kieleckiego SB zawierające dokumenty z tego okresu spłonęło w 1988 roku. Archiwum zawierające meldunki organizacji WiN na temat pogromu było przechowywane w Londynie i w latach 90. zostało przekazane do archiwum PSL, gdzie wkrótce potem zaginęło.
W opublikowanych w 2006 r. wynikach śledztwa IPN podał że materiał dowodowy nie wskazał jednoznacznie na zaistnienie którejkolwiek z tych hipotez. Jako najbardziej prawdopodobną interpretację wydarzeń IPN uznał że wydarzenia kieleckie z 4 lipca 1946 roku miały charakter spontaniczny i zaistniały wskutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności natury historycznej i współczesnej.
20 października 2008 r. kielecki dziennik Echo Dnia zamieścił informację przekazaną gazecie przez pragnącego zachować anonimowość mieszkańca miasta, według której, w dniu 4 lipca 1946 r, w dniu pogromu na Plantach, doszło w Kielcach do drugiego mordu – w domu przy Piotrkowskiej siedmioro Żydów zostało zamordowanych przez żołnierzy w mundurach.[15]